Dobrze jest spełniać swoje marzenia - to była moja pierwsza myśl, kiedy, po czterogodzinnej podróży z Polski, stanąłem na rozgrzanej płycie lotniska w Sharm El Sheihk. Gorący, pustynny wiatr przypomniał mi dlaczego z uporem godnym szaleńca od kilku lat przyjeżdżam do Egiptu. No, ale nie pora teraz na rozklejanie się. Przed nami ostatni etap podróży, celem jest mekka płetwonurków - Dahab. Kiedy wychodzimy z lotniska, kierowca z bazy Planet Divers już na nas czeka. Pakujemy się do busa i ruszamy. Krajobraz jaki obserwujemy po drodze jest nieziemski - pustynia przechodzi w coraz wyższe, surowe góry, niezwykle oświetlone przez ostatnie promienie słońca. Widok urozmaicają samotnie włóczące się wielbłądy. Po kilkudziesięciu minutach docieramy do check pointu i wreszcie w oddali zaczyna pojawiać się miasteczko. Dahab - po arabsku “złoto”, jeszcze na początku lat 60-tych było zamieszkane tylko przez Beduinów. Później dotarli tam hipisi poszukujący oazy wolności i spokoju, a zaraz za nimi przybyli pierwsi płetwonurkowie.