Docieramy do naszego hotelu. Nazywa się Nesima i jest świetnie zlokalizowany. Stąd jest wszędzie blisko, do restauracji, kafejek, sklepów. Do bazy Planet Divers droga zajmuje klika minut spacerkiem. Tam też kierujemy nasze pierwsze kroki. Jest już późno, ale udaje nam się umówić na nurkowanie następnego dnia. Teraz jeszcze jakieś jedzonko, piwko i obowiązkowa shisha. Od razu rzuca się w oczy różnica między Dahab a Hurghadą czy Sharm. Tu wszystko jest mniejsze, ludzie bardziej przyjaźni, czas płynie wolniej. Zaczyna mi się tu bardzo podobać. Niestety pora już na sen bo jutro zaczynamy naszą nurkową przygodę. Rano, zaraz po śniadaniu wyruszamy do bazy. Jest nas czterech. Ja (Marcin), Paweł (Art Director tej strony), Robert (uczestnik również poprzedniej wyprawy) oraz Janusz - nasz snurkujący kolega. Część z nas nie nurkowała od jakiegoś czasu, więc w bazie, jako pierwsze nurkowanie ordynują nam “check dive”. Dostajemy też arabskiego przewodnika, Saida, z którym od razu nawiązujemy nić porozumienia.
Pierwsze zanurzenie odbywa się w miejscu zwanym Lighthouse i położonym na wprost od wejścia do Planet. Ze względu na opadające łagodnie piaszczyste dno miejsce jest idealne na nurkowania sprawdzające. Said podchodzi do rzeczy poważnie: powtarzamy większość procedur, sprawdzamy naszą pływalność, nurkując pomiędzy unoszącymi się w wodzie obręczami, usprawniamy naszą komunikację pod wodą. Niby podstawy, ale myślę, że od czasu do czasu warto je sobie odświeżyć. Drugie nurkowanie też odbywa się na Lighthouse, zaczynamy zwiedzać rafę. Podobnie jak koledzy, ja również nie padłem po wrażeniem jakie wywołało to miejsce. Ot, rafka jakich w Hurghadzie pełno. Said jednak pocieszył mnie, że zdążymy jeszcze zobaczyć kilka niezwykłych miejsc. Kończymy dzień nurkowy i głodni ruszamy na poszukiwanie obiadu. Wybór ogromny, knajpki jedna przy drugiej, zlokalizowane przy samym brzegu morza. Każda z restauracyjek ma swojego “naganiacza”, który gorąco zachęca do skorzystania właśnie z jego lokalu. Dziś wybieramy “Sharks”. Znakomicie podane owoce morza uciszają nasz głód. Jedyna wada - nie podają tutaj piwa! Ruszamy więc dalej deptakiem i nieopodal naszego hotelu znajdujemy uroczą “Dolphin Cafe”. Tam, rozłożeni wygodnie na miękkich poduchach, słuchając Boba Marleya, popijając Stellę i pykając shishę rozprawiamy o nurkowych planach na najbliższe kilka dni.